Moja
siostra, czternastoletnia uczennica ostatniej klasy podstawówki, zostaje
poproszona o wybór profilu licealnego, który przygotuje ją do odpowiednich
rozszerzeń maturalnych, te zapewnią jej otwartą drogę na studia, które to z
kolei wykształcą w niej zawód i ścieżkę kariery. Innymi słowy, w wieku
czternastu lat, kiedy to w głowie pałęta się myśl o wspaniałej asymetrycznej
bluzie w kolorze brudnej zieleni i protest względem wstrzymania produkcji
kolejnego sezonu Daredevil’a, jej zadaniem jest podjęcie decyzji, jakiego
zawodu zamierza się chwycić na kolejne pięćdziesiąt lat.
Brzmi
jak wątpliwie śmieszny żart żywcem wyjęty z amerykańskiego sitcomu. Niestety
nie jest żartem – jest moją siostrą, mną i wami wszystkimi, którzy podejmowali
podobną decyzję w wieku, w którym żadne decyzje nie są trwałe. Tak więc
porażająca większość z tych decyzji ulega zmianie w trakcie liceum, kiedy to
nie ma już zbyt wielu możliwości przepisania się na równoległy profil. Albo na
studiach, kiedy to po pierwszym roku stwierdzamy, że tak ukierunkowana
przyszłość nie ma szansy bytu.
Wybór
profilu licealnego to w pięćdziesięciu procent przypadków przyjaciel idący do
tej samej klasy, w czterdziestu pięciu brak problemów z rozszerzonymi
przedmiotami na poziomie gimnazjum, a jedynie w pięciu przebłysk wizji
przyszłości.
Mój
wybór licealnego profilu był w większej części punktem drugim, w pewnej części
punktem pierwszym i w absolutnie żadnej części punktem najistotniejszym. Wybrałam
klasę politechniczną – matematyka, fizyka i informatyka – jako że żaden z tych
przedmiotów nie sprawiał mi trudności w gimnazjum. Metodą eliminacji,
odrzucenia bardziej wymagających opcji zgodnie z zasadą, aby jak najwięcej
otrzymać przy jak najmniejszym wkładzie własnym. A klasa matematyczno-fizyczna,
naturalnie zakładając brak problemów z przedmiotami ścisłymi, pozwala na minimalny czas spędzony przy nauce.
Jak
się prędko okazało – bo byłam o tym przekonana już po pierwszej klasie – nie pisałam
matury rozszerzonej ani z matematyki, ani z fizyki, ani z informatyki.
Ponownie, mając na uwadze zasadę o niewielkim wkładzie własnym, wybrałam język
angielski, do którego nie było potrzeby przygotowywania się, jak i język
polski, do którego tym bardziej nie było wspomnianej potrzeby. Prześlizgiwanie
się z zaskakująco dobrym rezultatem – to główne hasło moich powodzeń.
Kierunek
studiów wybrałam na podobnej zasadzie – eliminacja gorszych, mniej ciekawych
opcji. Zdecydowałam się na Turystykę i Rekreację, wiedząc doskonale, że
bardziej przypomina ona pobieżny kurs dla leniwych niż prawdziwą ideę ślęczenia
nad książkami. Zysk przy minimalnym wkładzie własnym. Moja mama wielokrotnie
powtarzała mi, że gdybym nie była tak nieprzyzwoicie leniwa w sprawach
związanych z moją edukacją, mogłabym być prawnikiem, lekarzem czy inżynierem
konstruującym chińskie mosty. Naturalnie, nie miała żadnych zastrzeżeń względem
moich wyborów, bo taka jest – tacy są oboje, razem z moim tatą. Moje życie jest
moją decyzją. I dopóki głupota w podejmowaniu ich nie przewyższa rozsądku, są
biernymi obserwatorami. Ogromnie to cenię.
Te
słowa mogłoby wypowiedzieć dziewięćdziesiąt dziewięć procent uczniów, studentów
i wszystkich tych, którzy muszą przyswoić konkretną wiedzę w konkretnym czasie.
Ale ja naprawdę nie lubię się uczyć. Nie umiem się uczyć. Nie umiem być zmuszana
do przetrawienia puli wiedzy, której nie będę skora użyć. Wiedzy bezsensownej i
bezużytecznej – bo podkreślę, że nie każda takową jest. Jako osoba praktyczna mam
problem z zaakceptowaniem multum rzeczy działających wyłącznie w teorii.
Wiedza
jest praktyką. Powinna być. Powinna mieć odzwierciedlenie w działaniach
praktycznych.
Ale
nagle poczułam impuls. Impuls, by zrobić coś więcej. By dać z siebie więcej. By
otrzymać więcej – bo wydawało mi się, że w tej kwestii dawanie i branie podąża
krok w krok, jedno tuż za drugim.
Skończywszy
pierwszy rok studiów postanowiłam, że rozpocznę drugi kierunek. A jako że
pisanie, tworzenie słów i sensu, na który się składają, jest moim uwielbieniem
od wielu już lat, zdecydowałam, że drugim kierunkiem będzie Filologia Polska.
Czyli
innymi słowy, zbiór materiału tak dogłębnie przesiąknięty teorią i debatowaniem
o kwestiach pozbawionych praktycznego sensu, o czym przekonałam się po niespełna
dwóch miesiącach. Sama pasja do pisania nie jest wystarczająca. Wystarczająca
byłaby pasja do literatury, czyli pasja do najbardziej teoretycznej i najmniej
praktycznej rzeczy, jaką jesteśmy otoczeniu. I chociaż jako pisarka – wywyższę się
i nazwę się pisarką, bo nie lubię brzmienia słowa amator – powinnam prędzej
zakleić sobie usta, niż pozwolić, by wypłynęły z nich takie bluźnierstwa,
literatura, zwłaszcza ta, do której jestem zmuszana, nie wywołuje wpływu na
moje życie. Dyskutowanie o niej nie wywołuje. Przeżywanie jej nie ma miejsca.
Napawanie się nią nie istnieje.
Na pierwszych
zajęciach z Poetyki zostaliśmy zapytani, dlaczego czytamy. Ot, proste pytanie
na rozgrzanie wnętrzności. Odpowiedzi padały różne, jednak połączone jakimś
pojedynczym włosiem. By odciąć się od rzeczywistości. By być innym człowiekiem.
By przenieść się w inne miejsce, w inny czas, inny wymiar. By zapomnieć o
problemach. Ja nie mam problemów, nie czytam więc, by się od nich odizolować.
Zapytana, dlaczego czytam, odpowiedziałam szczerze – by wytopić czas. By zająć
się czymś, czymkolwiek, kiedy wszystko inne jest już zrobione. Bo dla mnie
czytanie jest aktem praktycznym – czytam, by nie było chwili, w której nie
robię nic.
Piszę,
by przeżywać, być inną, gdzieś indziej. Ale o pisanie nikt nie pytał.
Zrezygnowałam
pod koniec listopada, po niespełna dwóch miesiącach studiowania. Gdy jestem
pytana o powód, odpowiadam swoją życiową zasadą – po ukończeniu studiów
otrzymałabym za mało w porównaniu z tym, ile pracy własnej musiałabym w to
studiowanie włożyć. Co nie ma w sobie nawet namiastki kłamstwa – jest prawdą,
czystą prawdą i tylko prawdą. Nie zagłębiam się w szczegóły. Nie opowiadam o
swoich praktycznych priorytetach i pogardzie dla czystej teorii. Obecnie
trzymam się jednego kierunku, Turystyki i Rekreacji, która często zaskakuje
mnie swoim praktycznym podejściem. Podoba mi się, że zamiast ślęczeć w sali wykładowej,
przy użyciu kilku kabli, płytki, lutownicy i rolki z cyną buduję prawdziwe radio,
które przy odrobinie szczęścia złapie toruński sygnał Radia Maryja.
Naturalnie,
podejmowanie decyzji nie ogranicza się do samej edukacji. Podejmowanie decyzji
jest rutyną dnia codziennego, z którą każdy człowiek oswojony jest w lepszym
lub gorszym stopniu. Jednak niewiele z nich wytyka ci błędy przez większą część
twojego życia. Te drobne, nieznaczne, posiadają ogromną tolerancję błędu –
niektóre nie posiadają błędnego wyboru wcale. Te duże, istotne, przeważnie nie
wybaczają.
Po
ukończeniu pierwszego roku Turystyki i Rekreacji byłam pewna jednego – nie jest
to kierunek, z którym powiążę swoją przyszłość. Miałam szansę przekonać się, że
cała idea pracy w turystyce skupia się na ludziach, a praca z ludźmi jest tym
wyborem, którego nigdy nie podjęłabym dobrowolnie. W liceum moja mam często
mawiała, że nie mogę stwierdzić, co przyda mi się w przyszłości i nie wiem, co
w tej przyszłości będę robić. I zgadzam się z nią, to stuprocentowa prawda.
Jednak moja odpowiedź każdorazowo była elokwentna i jeszcze bardziej prawdziwa.
Nie wiem, co przyda mi się w przyszłości. Ale wiem, co mi się w niej nie
przyda. Bo droga eliminacji jest wciąż otwarta, odrzucanie nietrafionych
wyborów trwa. Będąc w miejscu, w którym jestem teraz, nie mam pomysłu na swoją
przyszłość, pomysłu realnego, łatwego do zrealizowania, którym nie byłoby
wydanie książki i zostanie może nie światowej sławy pisarką, ale ze sławą
wystarczającą do opłacania rachunków. Zakładam, że jeszcze przez dłuższy czas,
kolejne lata, wizja przyszłości nie zostanie przede mną rozświetlona. Podjęłam
kilka większych decyzji i mimo wszystko nie zmieniłabym żadnej z nich, mając
nadzieję, że nie staną one między mną a tym, co okaże się być zadowalającą mnie
przyszłością. Metoda prób i błędów trwa. Odrzucanie niepotrzebności jest w toku.
Maksymalizacja zysków i minimalizacja wkładu własnego brzmi jak nazwa własna
mojej przyszłości. Bez względu na to, co miałabym zyskać i co miałabym dać od
siebie.
Komentarze
Prześlij komentarz