Przejdź do głównej zawartości

Wszystko kręci się wokół ludzi


Wczoraj uderzył we mnie FAKT AUTENTYCZNY (masło maślane, ale potrzebne mi było mocne podkreślenie), którego dalsze odrzucanie mija się z celem.
Skończyłam czytać książkę - psychologiczna pozycja o tym, co odpowiada za nasze szczęście i jaki związek ma z tym mózg. Po przeszło czterystu stronach mniej i bardziej naukowych stwierdzeń, autor (a ja wraz z nim) doszedł do wniosku, że jedynym trwałym elementem szczęścia są inni ludzie. Szczęście zatem nie jest w pełni możliwe bez drugiego człowieka, kimkolwiek by on nie był. A to z kolei zaprzecza mojej ideologii życia, które wiodę od dwudziestu jeden lat i w każdym jego momencie wyglądało względnie podobnie w kwestii interakcji międzyludzkich.
Jako samotniczka, niemalże wpisana w oficjalny rejestr samotników i introwertyków, uparcie twierdziłam, że ludzie, WSZYSCY, są wyłącznie dodatkiem do mojego życia. Proszę mi wybaczyć przyrównanie ludzkiego istnienia do ketchupu, ale tak to mniej więcej widzę. Ja jestem frytką, a społeczeństwo wokół tłuczonymi pomidorami. I od wielu już lat przekonywanie samej siebie, że taki tryb nie dość, że jest mi wpisany w żyły, to jeszcze dodaje mi skrzydeł, przychodziło mi z łatwością. Aż nadszedł październik bieżącego roku, a mój zwykle dobry nastrój (z drobnymi jedynie odstępstwami od normy), nagle uderza o glebę i spływa do kanału.
Wydawać się może, że to efekt krótszego dnia, częstszego deszczu i słońca, które nawet jeśli jest, to wydaje się bardziej białe niż żółte (choć uparcie twierdzę, że słońce letnie nie może się równać z tym zimowym). Ale to nie jesienna chandra. Nie zespół napięcia przedmiesiączkowego (ha, pierwszy raz w życiu użyłam tej pełnej, skomplikowanie brzmiącej nazwy). I choć nie mam jeszcze pewności, czy moje wnioski potwierdzone miesiącami pracy autora książki są w istocie odpowiedzią na moje paskudne samopoczucie, ale jestem coraz bliższa całkowitemu skłonieniu się w tę stronę.
Mianowicie, to poczucie beznadziejności zbiegło się w czasie z jeszcze większą separacją od ludzi (zupełnie jakby ta, którą praktykowałam do tej pory, nie była wystarczająco duża). Mam rodzinę, kochającą mnie i kochaną przeze mnie. Chodzę do pracy i ludzi, z którymi współpracuję, nie zamieniłabym na żadnych innych, bo nie miałabym najmniejszych szans znaleźć lepszego zamiennika. Mam w końcu chłopaka i choć nasze relacje są specyficzne, jesteśmy do siebie podobni i oboje chcemy, by właśnie takim torem przebiegały. A ja, głupia krowa, którą życiowy etap buntu uderzył nieco za późno, gdy nikt wokół mnie go nie przechodzi, ubzdurałam sobie, że obezwładniające szczęście da mi obtoczenie się w dźwiękoszczelnej folii bąbelkowej w obawie przed ludźmi, którzy chcą utrzymywać ze mną najbardziej podstawowe człowiecze relacje. Nonsens.
Choć samo posiadanie wokół siebie ludzi nie jest kluczem do sukcesu. Równie ważna – o ile nie przeważająca wagą – jest umiejętność rozmowy z nimi. Której mi brakowało, brakuje i będzie brakować, jeśli nie podejmę trudu działania, by przekształcić kalectwo interpersonalne w sprawne poruszanie się w jego obrębie. I nie mam w tym miejscu na myśli rozmów o pogodzie, które choć przyjemne, nie służą podtrzymywaniu więzi. Chciałabym, nawet bardzo, nauczyć się szczerze i otwarcie mówić o tym, co mnie cieszy, co mnie smuci, a co wnerwia z siłą wybuchu atomowego. Żeby ci, którzy mnie otaczają, wiedzieli, że neutralna twarz jest elementem mojej urody, ale wnętrza nie mam równie neutralnego.
Naturalnie, nie zamierzam od teraz zwierzać się wszystkim wokół z każdej jednej pierdoły, która dotknęła mnie w jakimś stopniu. Nadal pozostaję introwertykiem, nadal lubię własne towarzystwo, nadal patrzę i będę patrzeć na niektórych z politowaniem, pielęgnując myśl, że ogół społeczeństwa wystarczy tolerować, a lubić bądź kochać wyłącznie poszczególne jednostki. Ale to właśnie te pojedyncze jednostki są szczeblami szczęścia. Jeden wyłamany uniemożliwia chwycenie się kolejnego. I tak drabina upada, a ja wraz z nią, do tego kanału, który zwiedzam od przeszło miesiąca. Wpuszczona w kanał. Wersja fabularna. Dokument o tym, jak na własne życzenie wpędzić się w depresyjny nastrój.
Tak więc, choć wczoraj zostałam przez tę myśl sponiewierana, dziś, wraz z nowym dniem, białym zimowym słońcem, zaczynam akceptować, że tylko i wyłącznie człowiek jest elementem wspólnym wszystkich mniejszych fundamentów szczęścia. Miłość – kochać trzeba kogoś i przez kogoś być kochanym. Przyjaźń – nie ma przyjaźni bez przyjaciela. Pieniądze – a dzięki komu je zarabiamy, komu sprzedajemy, dla kogo tworzymy? Kariera – wspięcie się na szczyt nie dałoby takiej satysfakcji, gdybyśmy po drodze nie zamietli pod dywan zgrai konkurentów. Cała rodzina składa się z jednostek. Nawet jedzenie, które tak uwielbiam i celebruję, wytwarzane jest przez ludzi i przez nich przygotowywane. CAŁY ŚWIAT KRĘCI SIĘ WOKÓŁ LUDZI, co na tym etapie przeraża mnie bardziej niż uszczęśliwia. Ale mam już przewagę w świadomości. ZAAKCEPTOWAŁAM, że dynamizm życia polega na tym, by nie tylko dostosowywać świat do siebie, ale również siebie do wycinka świata.


Komentarze

  1. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Koronka w szkarłacie

Koronka w szkarłacie, szkarłatnie obserwująca zmieniającą się fizjonomię mojej twarzy. Szkarłatnie napawająca się zaskoczeniem zmierzającym w stronę bólu. Szkarłatnie czerpiąca przyjemność z dalszej części mojego niezrozumienia, z otwartych ust, z zalążka gorzkiej łzy w kąciku lewego oka. Koronka w kolorze szkarłatu, znaczeniem niczym nieprzypominająca miękkości swojego materiału, twarda i drażniąca, gdy na nią patrzę, lecz gdy zamykam oczy, ledwie czuję jedwabiste włókna. Jej paradoks napełnia mnie goryczą. Nie wiem, czy jej nienawidzę, czy podziwiam. Koronka w szkarłacie przepływa mi przez palce, gdy oglądam ją z każdej ze stron. Skromny przód, jeszcze skromniejszy tył, ubogą ilość materiału ochraniającą strefę rozrodczą i te zdobienia, które całkiem przypadkowej zgubie nadają erotycznego zabarwienia, przed którym dotychczas zasłaniałam oczy. Teraz już nie mogę. Zobaczyłam to, czego nie miałam oglądać. Zobaczyłam nieznaczne białe plamienie na podwójnej warstwie materiału zwykłe...

O wstępnych życiowych wyborach, mniej lub bardziej udanych

Moja siostra, czternastoletnia uczennica ostatniej klasy podstawówki, zostaje poproszona o wybór profilu licealnego, który przygotuje ją do odpowiednich rozszerzeń maturalnych, te zapewnią jej otwartą drogę na studia, które to z kolei wykształcą w niej zawód i ścieżkę kariery. Innymi słowy, w wieku czternastu lat, kiedy to w głowie pałęta się myśl o wspaniałej asymetrycznej bluzie w kolorze brudnej zieleni i protest względem wstrzymania produkcji kolejnego sezonu Daredevil’a, jej zadaniem jest podjęcie decyzji, jakiego zawodu zamierza się chwycić na kolejne pięćdziesiąt lat. Brzmi jak wątpliwie śmieszny żart żywcem wyjęty z amerykańskiego sitcomu. Niestety nie jest żartem – jest moją siostrą, mną i wami wszystkimi, którzy podejmowali podobną decyzję w wieku, w którym żadne decyzje nie są trwałe. Tak więc porażająca większość z tych decyzji ulega zmianie w trakcie liceum, kiedy to nie ma już zbyt wielu możliwości przepisania się na równoległy profil. Albo na studiach, kiedy to po pi...