Przejdź do głównej zawartości

Koronka w szkarłacie


Koronka w szkarłacie, szkarłatnie obserwująca zmieniającą się fizjonomię mojej twarzy. Szkarłatnie napawająca się zaskoczeniem zmierzającym w stronę bólu. Szkarłatnie czerpiąca przyjemność z dalszej części mojego niezrozumienia, z otwartych ust, z zalążka gorzkiej łzy w kąciku lewego oka. Koronka w kolorze szkarłatu, znaczeniem niczym nieprzypominająca miękkości swojego materiału, twarda i drażniąca, gdy na nią patrzę, lecz gdy zamykam oczy, ledwie czuję jedwabiste włókna. Jej paradoks napełnia mnie goryczą. Nie wiem, czy jej nienawidzę, czy podziwiam.
Koronka w szkarłacie przepływa mi przez palce, gdy oglądam ją z każdej ze stron. Skromny przód, jeszcze skromniejszy tył, ubogą ilość materiału ochraniającą strefę rozrodczą i te zdobienia, które całkiem przypadkowej zgubie nadają erotycznego zabarwienia, przed którym dotychczas zasłaniałam oczy. Teraz już nie mogę. Zobaczyłam to, czego nie miałam oglądać. Zobaczyłam nieznaczne białe plamienie na podwójnej warstwie materiału zwykłej znikać pomiędzy udami. Zobaczyłam ich wcześniejszą funkcję, na cudzych biodrach. Zobaczyłam brak szans bycia drobnym upominkiem trzymanym w gotowości pod łóżkiem.
Otrzepuję kurz, który zahaczył o krawędź koronki w szkarłacie, na podłodze pozostała otarta smuga przypominająca o kolorze paneli. Robię coś gorszącego, ale będę jedyną zgorszoną, nikt inny nie widzi moich prób rozpoznania. Wolnym ruchem, celowo opóźnionym, przysuwam koronkę w szkarłacie do twarzy, do nosa, wciągam zapach kobiecych perfum i samej kobiecości, tej naturalnej, niewątpliwie obecnej, nieprzyjemnie obecnej. Jeszcze niemalże ciepły, jakby żywy, jakby wciąż w trakcie produkcji. Odsuwam koronkę w szkarłacie od kolejnego ze zmysłów, który potwierdził jej obecność. Nie jest wymysłem jednego. Znudzonych palców ściskających materiał, upośledzonego powonienia czy oczu, które wcale nie chcą widzieć. To synteza percepcji.
Nagle wszystko staje w szkarłacie. Ściany i pościel, która nigdy dotąd nie przekroczyła barwy stonowanego beżu, i nocne niebo za oknami również jakby krwawiło. Ale żadna z tych rzeczy nie została potraktowana siłą nadnaturalną. Zmiana nastąpiła w moim postrzeganiu, to moje oczy od wewnętrznej strony doświadczyły szkarłatnego daltonizmu. Na cokolwiek nie spoglądam, wszystko pływa w szkarłacie. Z tą tylko różnicą, że koronka pozostaje jedna. Cała szkarłatna reszta jest akompaniamentem.
Wkrótce otwierają się drzwi od łazienki i gaśnie światło w jej wnętrzu. Jeszcze się uśmiecha – jeszcze nie wie, z czym przyjdzie mu się zmierzyć. Jeszcze nie wie, jak tłumaczyć i że w ogóle tłumaczyć. Nie wie również wtedy, gdy podchodzę do niego, wolno stawiając stopy – koronkę w szkarłacie trzymam w pięści za plecami. I z całą pewnością nie wie również wtedy, gdy wspinam się na palce i całuję go, nie tak jak za pierwszym razem, bo pierwszy raz nigdy nie jest najlepszym, ale tak, jak w tym najlepszym momencie, kiedykolwiek się wydarzył. Wolną dłonią obejmuję jego policzek, wtapiam się i roztapiam, chcę być wiarygodna jak śnieg w odwilży. Całuję go tak, że jego silnym nogom ubywa stabilności.
A kiedy kończę i mierzę się z jego mętnym spojrzeniem, rozochoconym i rozognionym, pytam półszeptem:
-Czy ona też cię tak całuje? Czy jej usta są słodsze, mniej owocu, a więcej czekolady? Czy jej biodra bliższe są kształtu twoich dłoni? Czy jej piersi poprawniej wypełniają biustonosz? Czy jej palce na twoich policzkach są cieplejsze? Może chłodniejsze? A może nie ma ich wcale? I jeśli nie ma, dlaczego nie ma? Czy ona swoimi palcami dotyka cię w miejscach, które sprawiają ci więcej przyjemności niż policzki? A może wszystko sprowadza się do koloru? Czy to dlatego, że szkarłat nigdy nie był obecny w moich staraniach, a tobie zabrakło odwagi, by powiedzieć, że może powinien?
Teraz również brakuje mu odwagi, by mówić. By mówić w ogóle. By otworzyć usta na słowa, zamykając szeroką otwartość na szok, którego doznał, widząc koronkę w szkarłacie, motyw przewodni dnia, dłuższej części dalszego życia, swobodnie trzymającą się paliczka palca wskazującego. Nigdy nie chciałam czytać w jego myślach, teraz jednak chcę. Bo w jego myślach pojawiłaby się jej twarz. Jestem bardziej ciekawa twarzy niż pośladków, bo choć moja ingerencja w tę historię rozpoczęła się od koronki w szkarłacie, ich nie. Ich rozpoczęła się w spojrzeniu, niewinnym zerknięciu na przeciwne twarze, skupieniu zbyt długim, by mogło zostać zignorowane. Chciałabym ujrzeć tę twarz w jego myślach, w sposób, w jaki on ją widzi, i przekonać się, na czym polega jej wspaniałość, jej fenomen. I czy koronka w szkarłacie współgra z kolorem jej oczu. A jeśli nie współgra, który element jej twarzy spełnia te kryteria. Bo któryś musi. W przeciwnym razie nie ryzykowałaby koronką w szkarłacie. Byłaby nią koronka w czerni, klasyka godna ślepoty.
Zaczyna kręcić głową, to przedmowa i zapowiedź późniejszego wykładu albo jednoczesna odpowiedź na wszystkie z moich pytań, których wcale nie chciałam zadać, a które zadałam pod napływem odwagi. Natychmiast po ich zadaniu chciałam prosić o brak odpowiedzi na którekolwiek. Każda odwaga ma pewne granice. Granice mojej kończą się w miejscu rozpoczęcia. To praktycznie brak granicy. Lub granica tak cienka, że ludzkie oko nie ma zdolności dostrzeżenia jej. Dlaczego, ach, dlaczego zachciało mi się symulować odwagę?
Nie zaczyna przeprosin od standardowego ‘przepraszam’. W zasadzie wcale nie zaczyna przepraszać. Jestem z tym w zgodzie. Przeprosiny oznaczałyby przyznanie się do winy, a do tej pory mamy wyłącznie koronkę w szkarłacie – niewiele znaczącą własność kobiety rozpustnej. Dowód, choć wciąż możliwy do podważenia. Widelcem. Nożem. Zakończeniem łyżeczki kuchennej. Czymś na tyle ostrym, by z koronki w szkarłacie zrobić szkarłatny strzęp.
Nie rozumiemy się bez słów. Nie czyta z mojego spojrzenia. Nie jestem otwartą księgą z podkreślonym nagłówkiem. Zaczyna odpowiadać. Nie potrafię bezdźwięcznie poprosić, by tego nie robił. Nie potrafię prosić również dźwięcznie.
-Nie całuje tak jak ty. Nie całowała – mówi. – Jej usta są doświadczone, smakują matową szminką. Twoje, niedoświadczone, jeszcze wciąż dziecinnie narwane, to jabłka, nawet jeśli żadnego nie jadłaś. Jej biodra są szersze. Gdy ją obejmuję, obejmowałem, moje kciuki nie sięgały do dołeczków Wenus, w zasadzie i tak niekoniecznie zarysowanych. Ma szersze biodra, ale ich szerokość nie ma wiele wspólnego ze wzorem kobiecego ciała. Piersi wypełniały miseczki tylko dlatego, że celowo dobierała mniejsze. Miała zimne palce. Zimne, kościste i wilgotne. Palce nieszczerości. Dlatego zdejmowałem je z policzków. A szkarłat – wzdycha – szkarłat był przypadkiem dnia. Nie dla mnie. Dla kogokolwiek. Po prostu przypadkiem stałem się kimkolwiek.
Wyszedł do klubu z przyjacielem, do którego nie mam żalu i nie chowam złości. By uczcić pierwszy dzień wiosny. Bądź ostatni. Lub też któryś z pośrednich. Do wiosny również nie kryję urazy. Nie mam takiej dla nikogo. Neutralny stosunek do wszystkich czynników sprzymierzających się przeciwko kwestii wierności. Jestem Jezusem wyrozumiałości.
Więc wyszedł do klubu z przyjacielem, do klubu okrzykniętego nazwą „Czarne chmury twojego związku”. Godzą bezpośrednio we mnie – to czarne chmury mojego związku. I mój deszcz, który może z nich spaść. To ja jestem obiektem, którego dosięgają anomalie atmosferyczne. Wyszedł do klubu i tam ją poznał – przypadkiem, w sposób nieplanowany, zbieg okoliczności działających na moją niekorzyść. I coś w niej sprawiło, że spotkanie to nie ograniczyło się do wzajemnego zahaczenia się wzrokiem, krótkiego i przelotnego, bez akcji rozwojowej. Coś w niej sprawiło, że wyciągnął do niej dłoń, lub że ujął jej wyciągniętą. Lubię trzymać się myśli, że on był jedynie kończącym rozpoczęte przez nią gesty.
Nie zniknęli w chmarze ciał poruszających się na parkiecie. Byli widoczni, doskonale widoczni, przez cały okres trwania śmiałych podchodów rozpoczętych rozpustnym wiciem jej ciała. Trzyma ją w biodrach – jej biodra określę ziemią niczyją, miejscem neutralnym, nie tylko jego dłonie mogłyby je trzymać i nie tylko jego trzymały. Obejmując jej biodra, może utrzymać dystans wyciągniętych rąk, niespełna metrową odległość między ciałami o różnym nasileniu potrzeb, i zablokować tę przestrzeń w łokciach. Bliskość – tak; ale nie zbyt bliska. Zbyt bliska staje się naruszeniem przestrzeni osobistej.
Całuje go w szczękę, kiedy dziki tłum rozchwiany alkoholem i temperaturą nocy wydaje aplauz po zakończonej nucie. Tego z kolei nikt nie zauważa, w tym jednym pozostają nierozpoznani – w końcu tyle wokół par, których gorliwe pocałunki wykraczają poza szczękę. Każda jedna złożona jest z dwóch obcych ciał rozpoczynających krótki etap poznawczy. Pary będące parami przez okres dłuższy niż noc nie wchodzą dobrowolnie pod czarne chmury, z których kapie. Nie dzielą się śliną, jakby karmiły odwodnione usta.
Jego szczęka pozostaje napięta – to przecież intymny gest, którego się nie spodziewa, którego nie chce, jest jednak mężczyzną dobrze wychowanym i nie odpycha jej jak przemoczonego deszczem kundla ocierającego się o nogawkę; nie odpycha jej tak, jak powinna zostać odepchnięta. Wypija z nią drinka, patrzy w jej usta okręcające się wokół słomki; z grzeczności patrzy na to, co celowo wyeksponowane i podkreślone kolorem szkarłatnej koronki, o której teoretycznie jeszcze nie wiem. Być może wypija i drugiego. To wciąż grzeczność – nie pozwala kobiecie sączyć samotnie. Grzecznością jest również napiwek, który zostawia barmanowi za jej drinka.
To ona proponuje, by opuścili terytorium naznaczone potem i dymem z rozżarzonych krańców papierosów. On dba o samą możliwość wystąpienia objawów alergicznych bądź astmy. Wyprowadza ją w rześki chłód nocy, w którym twardnieją jej sutki. Obierają kierunek południowo-wschodni, na jego krańcu przypadkiem mieści się jego mieszkanie. Gdy przekręca klucz w zamku drzwi wejściowych, słabną jej nogi – tylko dlatego podejmuje dłońmi jej pośladki i przytrzymuje w pozycji prostopadłej do desek podłogowych. Najwyraźniej uznaje, że to nadmiar ubrań przysparza jej duszności – jak dobry Samarytanin zdejmuje warstwę po warstwie, aż bezimienna kobieta w szkarłacie ma szansę na prawidłowy oddech. Pozostawia tylko szpilki na jej stopach – wie o jej obsesji na punkcie szczupłych nóg i wie, że obcas pozwala jej odciąć się od kompleksów. Zachwyca mnie jego dobroć.
Wtedy jego wzrok pada na zdjęcie w drewnianej ramce zdobiące komodę. Mój policzek wsparty na jego ramieniu, siła ramienia podtrzymująca całą głowę, zmrużone oczy drażnione promieniem zachodzącego słońca, pas startowy w tle, na który lada moment spojrzymy przez okno samolotu. I nagle jej nagie, odsunięte od duszności ciało okrywa mgła, nie jest już tak wyraźne i zachęcające. Rękoma chaotycznie zbiera z podłogi jej ubrania, nieświadomie gniecie je w pięściach i przykłada do jej nagiego torsu. Przytrzymuje na tyle długo, by w zaskoczeniu mogła unieść swoje i przejąć okrycie. Następnym i ostatnim razem patrzy na nią z przeciwnej strony progu, gdy zamyka drzwi, używając obu, górnego i dolnego zamka.
I tylko koronka w szkarłacie zostaje niezauważona w nogach łóżka, czekając na kurz i moją dłoń, która podniesie ją i usprawiedliwi nieoczekiwany pobyt.
Gdy z powagą na ustach i nadzieją w oczach proszę go, by słowo w słowo powtórzył moją wersję jego historii, jego twarz zdradza strach i zaskoczenie tą nagłą utratą zmysłów. A kiedy zgodnie z prośbą wygłasza nieprawdopodobny przebieg zdarzeń, wierzę mu, jakby recytował fragment instrukcji przeciwpożarowej, i pełnym zrozumienia uśmiechem wydzieram myśl o koronce w szkarłacie z obu naszych pamięci.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Wszystko kręci się wokół ludzi

Wczoraj uderzył we mnie FAKT AUTENTYCZNY (masło maślane, ale potrzebne mi było mocne podkreślenie), którego dalsze odrzucanie mija się z celem. Skończyłam czytać książkę - psychologiczna pozycja o tym, co odpowiada za nasze szczęście i jaki związek ma z tym mózg. Po przeszło czterystu stronach mniej i bardziej naukowych stwierdzeń, autor (a ja wraz z nim) doszedł do wniosku, że jedynym trwałym elementem szczęścia są inni ludzie. Szczęście zatem nie jest w pełni możliwe bez drugiego człowieka, kimkolwiek by on nie był. A to z kolei zaprzecza mojej ideologii życia, które wiodę od dwudziestu jeden lat i w każdym jego momencie wyglądało względnie podobnie w kwestii interakcji międzyludzkich. Jako samotniczka, niemalże wpisana w oficjalny rejestr samotników i introwertyków, uparcie twierdziłam, że ludzie, WSZYSCY, są wyłącznie dodatkiem do mojego życia. Proszę mi wybaczyć przyrównanie ludzkiego istnienia do ketchupu, ale tak to mniej więcej widzę. Ja jestem frytką, a społeczeństwo w...

O wstępnych życiowych wyborach, mniej lub bardziej udanych

Moja siostra, czternastoletnia uczennica ostatniej klasy podstawówki, zostaje poproszona o wybór profilu licealnego, który przygotuje ją do odpowiednich rozszerzeń maturalnych, te zapewnią jej otwartą drogę na studia, które to z kolei wykształcą w niej zawód i ścieżkę kariery. Innymi słowy, w wieku czternastu lat, kiedy to w głowie pałęta się myśl o wspaniałej asymetrycznej bluzie w kolorze brudnej zieleni i protest względem wstrzymania produkcji kolejnego sezonu Daredevil’a, jej zadaniem jest podjęcie decyzji, jakiego zawodu zamierza się chwycić na kolejne pięćdziesiąt lat. Brzmi jak wątpliwie śmieszny żart żywcem wyjęty z amerykańskiego sitcomu. Niestety nie jest żartem – jest moją siostrą, mną i wami wszystkimi, którzy podejmowali podobną decyzję w wieku, w którym żadne decyzje nie są trwałe. Tak więc porażająca większość z tych decyzji ulega zmianie w trakcie liceum, kiedy to nie ma już zbyt wielu możliwości przepisania się na równoległy profil. Albo na studiach, kiedy to po pi...