Przejdź do głównej zawartości

Introwertyzm - czy to się leczy?


Psychologia sprecyzowała ten termin mianem ”tendencji do kierowania swojej percepcji i działań do wewnątrz – na własne myśli i emocje, z jednoczesnym zmniejszonym zainteresowaniem i aktywnością skierowanymi na świat zewnętrzny”.
I ciężko się z tą definicją nie zgodzić. Lecz jednocześnie nie sposób zgodzić się z nią w pełni. Być może to wyjątek od reguły – ale czy każdy człowiek nie jest przypadkiem takim wyjątkiem? Czy reguła nie jest zbiorem elementów wspólnych, a wszystko, co nas wyróżnia, jest jednocześnie tym, co poza nią wykracza? W poście tym opiszę, jak kwestia introwertyzmu wygląda z mojego punktu widzenia. Punktu widzenia kogoś, kto z byciem zaawansowanym introwertykiem uosabia się, odkąd pamiętam. Jednak bycie introwertykiem widzę nieco inaczej, niż przyjęło się definiować.
Zawsze byłam tym rodzajem dziecka, które rodzice wszelkim sposobem próbowali wywabić z domu. Może wyszłabyś na dwór? – pytali. Może spotkałabyś się z kimś? – sugerowali, wiedząc, że same sugestie nie znajdą pokrycia w wykonaniu. A wszystko to dlatego, że moją największą pasją i zamiłowaniem było spędzanie czasu we własnym towarzystwie. Nie z kumplem z podwórka, nie z koleżanką z ławki, nie z kimkolwiek, kto nie jest mną. I nie jest to przejawem egoizmu, wywyższenia własnego ja ponad wszystkie inne. Moją przypadłość, której wcale nie pojmuję w znaczeniu negatywnym, nazwałabym raczej samowystarczalnością. I o tej samowystarczalności chciałabym rozpisać się w kilku słowach.
W kwestii samowystarczalności towarzyskiej niewiele uległo zmianie od czasów wczesnoszkolnych. Założenie było takie, że kiedy zmienię gimnazjum na liceum – szkołę prywatną z kilkorgiem uczniów w klasie na szkołę publiczną z gromadą trzydziestu dwóch sztuk – zmieni się również moje nastawienie do dzielenia się moim własnym czasem. Jednakże od połowy gimnazjum byłam posiadaczką czegoś, czego nie był w stanie zastąpić żaden osobnik rasy ludzkiej – zamiłowanie do pisania. W szkole kartki w kratkę – tylko i wyłącznie w kratkę – w domu z kolei początkowo klawiatura na tablecie, w późniejszym stadium klawiatura laptopa – to ten zestaw nazywałam nieodłącznym przyjacielem, z którym nie chciałam się rozstawać. Pisałam wszędzie, zawsze, o każdej porze dnia, niekiedy również nocy. Uwielbiałam chwile, w których moje stopy drżały, zwisając z krawędzi fotela, gdy uderzała we mnie fala nowego natchnienia czy niespodziewane rozwiązanie kulminacyjnego momentu fabuły. I nie potrafiłam wyobrazić sobie niczego lepszego. Dlaczego więc miałabym zamienić tę niezwykłą euforię na czas spędzony z ludźmi, którzy z natury nie mają szansy dać mi choć przybliżonej wersji tego radosnego uniesienia?
I znów – nie sądzę, by była to oznaka egoizmu i obnoszenia się ze swoją wyższością. Absolutnie nie. Tym razem nazwę to odmiennie zbudowaną hierarchią wartości i formą spędzania czasu.
Tak więc całe liceum było ciągiem niekończących się opowiadań spisanych w Wordzie. Nie poświęciłam czasu na przygotowania do matury, bo i nie miałam takiej potrzeby – zdawałam rozszerzenie z angielskiego i polskiego, a jako że jestem mistrzem w laniu wody na tematy, o których nie mam pojęcia, w sposób, który sprawia zupełnie przeciwne wrażenie, satysfakcjonujący wynik był jedynie formalnością. Co w efekcie zbiorczym dało mi jeszcze więcej czasu na pisanie i pogrubianie muru między mną i każdą inną formą żywą.
Był w moim życiu nieprzyjemny moment, kiedy introwertyczna natura odcinała mnie również od rodziny. A właściwie nie ona, a ja sama byłam powodem celowego, powolnego odcinania się. Z perspektywy czasu wiem, że sprawiało to wiele bólu mojej mamie, która nie była do końca świadoma, czy stało się coś, co sukcesywnie sprawia, że jestem coraz to bardziej zamknięta w sobie, czy to część mojej natury, którą wypadałoby zaakceptować tak, jak zaakceptowała wszystkie inne.
Dopiero w okolicach mojej przeprowadzki na studia wyjaśniłam rodzicom w sposób jasny i obrazowy, że we własnym towarzystwie czuję się najlepiej i najswobodniej; że gdybym chciała otaczać się gronem znajomych, byłabym nim otoczona; że gdybym czuła potrzebę imprezowania i niebezpiecznego smakowania nastoletniego życia, robiłabym to wszystko, narażając się na ich całkowity brak  aprobaty. Innymi słowy – że gdybym chciała, albo że gdyby było mi pisane bycie inną, taka właśnie bym była. Ale dopóki jestem szczęśliwa z tym, co posiadam, czyli z samą sobą i z otwartym w Wordzie plikiem – nie proszę ich o nic więcej niż o akceptację tego stylu życia. A oni odetchnęli z ulgą, rozumiejąc, że nadeszła najwyższa pora, by cieszyć się posiadaniem bezproblemowego dziecka.
Introwertyków często opisuje się jako osoby nieśmiałe, ze sporym problemem do zaklimatyzowania się w grupie. I z tym faktem nie mogę się zgodzić. Głównie dlatego, że brzmi jak odgórnie nałożony wyrok, na który sam introwertyk nie ma większego wpływu. A wszystko sprowadza się do podejmowania wyborów – świadomych, samodzielnych, właściwych we własnym rozumieniu. To ja decyduję o środowisku, które mnie otacza; to ja decyduję, czy po brzegi wypełnione jest ludźmi, czy ogranicza się do samego powietrza. To ja jestem władzą ustawodawczą i władzą wykonawczą w jednym ciele.
Nie jestem osobą nieśmiałą. Nie jestem osobą oblewającą się rumieńcem przy pierwszym kontakcie z nieznajomym (pomińmy kwestię moich wiecznie zaróżowionych policzków – zostawmy je na rozmowę o kompleksach, które były i których już nie ma). Nie mam problemu z zaklimatyzowaniem się w nowej grupie czy otoczeniu. Co więcej, nie mam problemu, by stać się tej grupy liderem. Podkreślę to jeszcze raz – wszystko sprowadza się do samodzielnego wyboru. To, że nie mam z czymś problemu, nie oznacza, że czuję się w tym dobrze i że czuję w tym jakąś wyższą wołającą mnie potrzebę. I na odwrót – jeśli nie czuję potrzeby i chęci zawiązania sznurowadeł, nie oznacza to, że nie umiem ich zawiązać. Bo każda czynność jest wyborem. Moim wyborem jest brak rozmowy, niebycie częścią grupy, nieprzewodniczenie i niekierowanie kimkolwiek. Moim wyborem jest pozostanie sam na sam z samą sobą. Bo mam prawo wyboru.
Kolejnym momentem, w którym sądziłam, że coś ulegnie zmianie, był naturalnie moment przeprowadzki na studia. Absolutne sam na sam z własnym ja – z dala od domu rodzinnego, rodziców i jakiejkolwiek kontroli z ich strony. Ze znajomymi ze studiów wyszłam trzy razy. Za pierwszym razem wypiłam dwa piwa i przez chwilę czułam, że pękają mi wnętrzności – mój organizm nie współpracuje z jakąkolwiek ilością alkoholu, po prostu nie piję. Bo – ponownie – mam prawo wyboru. Za drugim razem najlepszym wspomnieniem całego wieczoru jest czterdziestominutowa piesza podróż przez las w deszczu – bo w końcu byłam sama. Za trzecim razu wróciłam do domu, gdy tylko przełknęłam ostatni kawałek pizzy. Wszystko to w przeciągu tygodnia, może dwóch. Tyle zajęło mi ponowne zrozumienie, że szczęściu nie trzeba na siłę pomagać.
Zmieniła się za to inna sfera – przyszła pora na zakochanie. Nie od razu, naturalnie. Nie jestem romantyczką, nie wierzę w miłość od pierwszego wejrzenia, a i samo zakochanie oraz na późniejszym etapie miłość traktuję inaczej – bardziej praktycznie. Bo w całych tych rozważaniach nie chodzi mi o bycie samotnym, tylko samemu.
Poznałam go następnego dnia po przeprowadzce – ot, zupełny przypadek, o którym więcej napiszę przy innej okazji. Szczęśliwy traf sprowadza się do faktu, że jest równie introwertyczny co ja. I dzięki temu oboje rozumiemy potrzebę czasu bez siebie, który przeważa nad czasem ze sobą. Wierzcie lub nie – jest to doskonały sposób budowania szczęśliwej relacji z uwzględnieniem wzajemnych potrzeb. Istnieje przekonanie, że przeciwieństwa przyciągają się wzajemnie. Nie jestem jednak w stanie uwierzyć w pełny szczęścia związek introwertyka z ekstrawertykiem z dwóch odległych krańców skrajności.
Psychologiczna definicja introwertyzmu zakłada również niewielkie zainteresowanie światem zewnętrznym – i jest to doskonały przykład psychologicznego bełkotu. Powiedziałabym nawet, że introwertyk w stopniu wzmożonej ciekawości obserwuje świat. Samemu ma w tej kwestii znacznie szersze pole do popisu. Osobiście jestem światem wokół zafascynowana do granic możliwości. Począwszy od siedzenia w pociągu – akceptuję tylko te, które łączą się z oknem. Zwykłam wracać do domu rodzinnego nocnym pociągiem. Pewnego dnia, kiedy to wypadała data powrotu, kończyłam pracę o północy. Najbliższy pociąg odjeżdżał o godzinie 1:50, wszystkie miejscówki przy oknie były jednak wyprzedane. Zrezygnowałam z niego na rzecz pociągu odjeżdżającego o 3:40 tylko po to, by przez pięć godzin patrzeć przez szybę na świat. Uwielbiam samotne spacery – zazwyczaj zakładają one przejście z jednego punktu do drugiego, jako że jestem osobą niezwykle praktyczną. Tak więc kiedy trasa przejazdu autobusu trwa niespełna dwadzieścia minut, zdarza mi się wybierać półtoragodzinną pieszą wycieczkę, by sprawdzić, czy powietrze w różnych dzielnicach Poznania pachnie inaczej. Uwielbiam również patrzeć na ludzi – do tego ogranicza się mój kontakt z nimi. Przyglądam się ich różnicom, odmiennościom, sposobom zachowania. Jestem nimi zafascynowana, jako że są częścią świata, który również obejmuje moja fascynacja.
Po przeprowadzce na studia zaczęłam pisać mniej. Częściowo przez mniejszą ilość czasu, częściowo przez niesystematyczne podejście, które mam nadzieję wkrótce zmienić. Jednakże potrzeba otaczania się moją prywatną atmosferą złożoną z mojego wdychanego tlenu i mojego wydychanego dwutlenku węgla nie uległa zmianie. Pozwoliło mi to wyzbyć się wszelkich wątpliwości – nie jestem w pełni przystosowana do nieprzerwanego współżycia społecznego z otaczającymi mnie ludźmi. Preferuję samotny czas spędzony na dywanie, zamiast najwspanialszej aktywności z kimś. Taka jestem. I pokładam ogromną nadzieję w myśli, że jeśli do tej pory stan mojej osobowości jedynie się pogłębiał, nie zmieni kursu. Głównie dlatego, że osobiście nie znam drugiego człowieka, który mógłby podzielić się tak wielkim szczęściem, jakie przepełnia mnie. Beż żadnego konkretnego powodu do bycia szczęśliwym. I bez żadnego konkretnego powodu do niebycia.
Nawiązując więc do tematu dzisiejszego wpisu – introwertyzm to nie choroba. Nie jest stanem ducha wymagającym naprawy, tylko dobrowolnym wyborem – w każdym razie w oparciu o moje osobiste odczucia i sposób funkcjonowania przez blisko dekadę. Gdy podczas wykładu na uczelni siadam w jedynym pustym rzędzie, gdy aulę wypełnia setka chętnych do rozmowy głów, nie oznacza to, że czekam, aż ktoś usiądzie obok mnie, gdyż brak mi śmiałości, by wyjść z inicjatywą; nie oznacza to, że czuję się ponad wszystkich tych, z którymi nie zawiązuję bliskiej relacji; nie oznacza to, że mam zły dzień, pryszcza na podbródku, wspomnienie pogrzebu złotej rybki czy przepoconą koszulkę. To moja decyzja. Duszenie się w odorze własnego towarzystwa jest moją decyzją. To mój świadomy wybór.





 Na zakończenie wstawię krótki wycinek niepasujący do niczego, który pod wpływem chwili napisałam w zeszły weekend, czekając na swoją odwleczoną chwilę w łazience. Często zdarza mi się pisać coś, co nie jest ani kontynuacją, ani początkiem. Po prostu czymś, co napisałam, niewiele myśląc, bo zwyczajnie chciałam napisać cokolwiek.



Czasem zdarza mi się być leniwą – nie zamierzam wnosić przeciwko temu stwierdzeniu najmniejszego protestu czy rewolucji. Ale czasami po prostu nie mam ochoty robić nic – a nicnierobienie odnosi się również do kwestii braku lenistwa. Niekiedy nie chcę mi się leżeć w łóżku, siedzieć na krześle, czy też wpatrywać się w ścianę z dowolnego położenia. Nie chce mi się być leniwą – ot, paradoks dotykający ludzi skomplikowanych w ich własnej prostocie. Dotyka mnie obezwładniające niechcenie. Nie mam nawet ochoty myśleć o tym, czego właściwie bym chciała. To z kolei jest tak wyczerpujące, że po chwili tej wątpliwej przyjemności jestem zbyt zmęczona, by zacząć czegokolwiek chcieć.
Czasem zdarza mi się uśmiechać do starszych ludzi – a jest to dowodem nieprzyzwoicie dobrego nastroju. W chwilach jakiegokolwiek innego mogę zdobyć się jedynie na uprzejme pytanie, czy to aby nie pora, by zarezerwować przytulną miejscówkę na lokalnym cmentarzu, nim najlepsze zostaną wyprzedane. Innym razem, aczkolwiek w ostatnim czasie stany te są z powodzeniem ograniczane, muśnięcie rękawa obcego płaszcza w autobusie doprowadza moje płyny wewnątrzustrojowe do wrzenia.
Czasem zdarza mi się lubić ludzi i czuć, że ich egzystencja w tle mojego życia ma jakiś głębszy, bliżej określony cel. Ale są to chwile tak epizodyczne, że niekiedy stanowią jedynie odbitą czkawkę szczęścia i przemijają tak prędko, że nie jestem w stanie zarejestrować ich prześwitu.
Czasem zdarza mi się myśleć, że mierzę się z chorobą dwubiegunową, że w mojej głowie spierają się dwie osobowości o równo rozłożonej sile i że kiedy prawy kącik ust chce śpiewać o radości życia, z lewego cieknie żrący jad.



Zaliczyłam egzamin z geografii turystycznej (hip hip, hurrraaa), tak więc zarażam dobrym nastrojem na resztę tego mroźnego wieczoru :)



Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Wszystko kręci się wokół ludzi

Wczoraj uderzył we mnie FAKT AUTENTYCZNY (masło maślane, ale potrzebne mi było mocne podkreślenie), którego dalsze odrzucanie mija się z celem. Skończyłam czytać książkę - psychologiczna pozycja o tym, co odpowiada za nasze szczęście i jaki związek ma z tym mózg. Po przeszło czterystu stronach mniej i bardziej naukowych stwierdzeń, autor (a ja wraz z nim) doszedł do wniosku, że jedynym trwałym elementem szczęścia są inni ludzie. Szczęście zatem nie jest w pełni możliwe bez drugiego człowieka, kimkolwiek by on nie był. A to z kolei zaprzecza mojej ideologii życia, które wiodę od dwudziestu jeden lat i w każdym jego momencie wyglądało względnie podobnie w kwestii interakcji międzyludzkich. Jako samotniczka, niemalże wpisana w oficjalny rejestr samotników i introwertyków, uparcie twierdziłam, że ludzie, WSZYSCY, są wyłącznie dodatkiem do mojego życia. Proszę mi wybaczyć przyrównanie ludzkiego istnienia do ketchupu, ale tak to mniej więcej widzę. Ja jestem frytką, a społeczeństwo w...

Koronka w szkarłacie

Koronka w szkarłacie, szkarłatnie obserwująca zmieniającą się fizjonomię mojej twarzy. Szkarłatnie napawająca się zaskoczeniem zmierzającym w stronę bólu. Szkarłatnie czerpiąca przyjemność z dalszej części mojego niezrozumienia, z otwartych ust, z zalążka gorzkiej łzy w kąciku lewego oka. Koronka w kolorze szkarłatu, znaczeniem niczym nieprzypominająca miękkości swojego materiału, twarda i drażniąca, gdy na nią patrzę, lecz gdy zamykam oczy, ledwie czuję jedwabiste włókna. Jej paradoks napełnia mnie goryczą. Nie wiem, czy jej nienawidzę, czy podziwiam. Koronka w szkarłacie przepływa mi przez palce, gdy oglądam ją z każdej ze stron. Skromny przód, jeszcze skromniejszy tył, ubogą ilość materiału ochraniającą strefę rozrodczą i te zdobienia, które całkiem przypadkowej zgubie nadają erotycznego zabarwienia, przed którym dotychczas zasłaniałam oczy. Teraz już nie mogę. Zobaczyłam to, czego nie miałam oglądać. Zobaczyłam nieznaczne białe plamienie na podwójnej warstwie materiału zwykłe...

O wstępnych życiowych wyborach, mniej lub bardziej udanych

Moja siostra, czternastoletnia uczennica ostatniej klasy podstawówki, zostaje poproszona o wybór profilu licealnego, który przygotuje ją do odpowiednich rozszerzeń maturalnych, te zapewnią jej otwartą drogę na studia, które to z kolei wykształcą w niej zawód i ścieżkę kariery. Innymi słowy, w wieku czternastu lat, kiedy to w głowie pałęta się myśl o wspaniałej asymetrycznej bluzie w kolorze brudnej zieleni i protest względem wstrzymania produkcji kolejnego sezonu Daredevil’a, jej zadaniem jest podjęcie decyzji, jakiego zawodu zamierza się chwycić na kolejne pięćdziesiąt lat. Brzmi jak wątpliwie śmieszny żart żywcem wyjęty z amerykańskiego sitcomu. Niestety nie jest żartem – jest moją siostrą, mną i wami wszystkimi, którzy podejmowali podobną decyzję w wieku, w którym żadne decyzje nie są trwałe. Tak więc porażająca większość z tych decyzji ulega zmianie w trakcie liceum, kiedy to nie ma już zbyt wielu możliwości przepisania się na równoległy profil. Albo na studiach, kiedy to po pi...