Przejdź do głównej zawartości

Minimalizm - umartwienie czy ożywienie?


Jeszcze do niedawna nigdy tak naprawdę nie zastanawiałam się nad kwestią zakupów i nad kwestią ich zbędności. Stawiając pytanie, pytałam o zachcianki, nie o potrzeby. Kupując, kupowałam to, co chciałam – pod wpływem danej chwili, ceny, rekompensaty podłego nastroju bądź przypływu gotówki. Choć nigdy też nie byłam skrajnie zafascynowana ideą samego posiadania. Unosiłam się gdzieś pomiędzy – nie potrzebuję, ale chwilowo chcę; nie kupię, jeśli uznam za absurd, lecz kupię, gdy absurd się zmniejszy.
Moment zmiany nadszedł niedawno, może na przełomie września i października bieżącego roku. Nie był to naturalnie pierwszy raz, kiedy termin ten dotarł do moich uszu, był jednak pierwszym, gdy poświęciłam mu dłuższą chwilę. Zmianę zapoczątkowały rozważania nad ideą minimalizmu.
Minimalizm – o czym właściwie mowa? O dobrowolnym pozbawieniu się czerpania radości z rzeczy materialnych? O najlepszej z technik oszczędzania pieniędzy? O modnym trendzie będącym podstawą do stworzenia kreatywnego wpisu na bloga? Przychodzi mi na myśl przyrównanie minimalizmu do średniowiecznej idei ascetyzmu – wyrzeczenia się dóbr materialnych dla uświęcenia ducha. I choć dzisiejsze pojęcie świętości znajdzie niewiele punktów wspólnych z rozumieniem średniowiecznym, główne założenie pozostaje niezmienne. Ograniczenie elementów materialnych na rzecz korzyści pozamaterialnych. Bo w tym wszystkich chodzi właśnie o twój osobisty zysk.
O minimalizmie pisano już książki, artykuły, kręcono filmy dokumentalne i debatowano na konferencjach. Ale każdy styl życia – a takim właśnie jest minimalizm – w ciele różnych ludzi przynosi odmienne spostrzeżenia. Obawiam się, że minimalistycznie urządzony apartament na wzgórzu Hollywood różni się nieco od minimalistycznego wystroju dziesięciometrowego pokoju na obrzeżach Poznania. Głównie dlatego, że na niewielkiej powierzchni trudniej zafascynować się pustką. Jedna komoda na dziesięciu metrach nie posiądzie siły oddziaływania wizualnego jednej komody na metrach czterdziestu.
Samym minimalizmem zaczęłam interesować się w dniu, w którym przypadkowo zadałam sobie pytanie: „Czego tak naprawdę potrzebuję?”. Pytanie to, a właściwie odpowiedź na nie, wywarła na mnie ogromne wrażenie, gdy okazało się, że poza absolutnie podstawowym wyposażeniem dnia codziennego, czyli głównie jedzeniem, nie brak mi niczego. Jaki jest sens w kupieniu nowej pary jeansów, nawet w najwspanialszej promocji noworocznej, gdy na półce leży pozostałe sześć, a ja w jednym momencie jestem w stanie nosić wyłącznie jedną? Jaki jest sens posiadania dwóch, trzech, dziesięciu szalików, gdy jeden wystarczy do owinięcia szyi? Jaki jest sens w zakupie ‘tego wspaniałego, różowego, porcelanowego dozownika na mydło z Ikei’, jeśli mydło w płynie z napisem ISANA również jest w niego wyposażone? Jaki jest sens w robieniu zapasów szamponu, maszynek do golenia czy szklanych butelek oliwy z oliwek, jeśli we wszystko zaopatrzymy się na bieżąco? Jaki jest sens w zasypywaniu się kopiastymi górami przedmiotów, które w żadnym stopniu nie ułatwią nam życia, a jedynie odbiorą część przestrzeni osobistej i sprawią, że poczujemy się przytłoczeni ciężarem zbędnego posiadania?
Jest to sposób myślenia niekoniecznie prosty do zaakceptowania przez nasz mózg pod wpływem jednej chwili, która zapoczątkowała same rozważania. Nawyki, zwłaszcza uzależnienia – a epidemia materialistycznego posiadania takowym jest – nie są skłonne do zmian bez naszego wkładu i przysięgi ciężkiej pracy nad sobą samym. Oczywiście uwypuklam to w sposób przesadny – nie mówimy o papierosach, alkoholu czy wszystkim tym, co trwale nas kształtuje. To zachcianka, o tyle groźna, że potrafi bez większego wysiłku przechylić nas na swoją stronę.
Tak więc współżycie w zgodzie z ideą minimalizmu, jak większość zmian, rozpoczyna się stopniowo i powoli.
W moim przypadku początek był ściśle związany z pieniędzmi i sympatią do ich posiadania. Odkąd pamiętam, byłam typem człowieka, który pieniądze lubi po prostu mieć. Tak, by w razie chęci lub konieczności móc je wydać, bez zastanawiania się, skąd je, do licha, pozyskać. Lubiłam czuć komfort w finansowym zabezpieczeniu na koncie i w samej myśli, że nie muszę powstrzymywać się przed zakupem czegokolwiek – mówię oczywiście o rzeczach przyziemnych; w wieku dwudziestu lat nie stać mnie na mercedesa zaparkowanego na podziemnym parkingu przeszklonego apartamentowca; przecież nie mam nawet prawa jazdy. Nie mogę powiedzieć, bym kiedykolwiek była przesadnie rozrzutna. To przesadne niezastanawianie się nad tym, co kupuję, było względnie bezpieczne. Wewnątrz czaszki zawsze pojawiała się ostrzegawcza lampka, gdy rachunek przekraczał wygodną dla mnie granicę.
Kwestia posiadania pieniędzy była jednak ściśle powiązana z inną – kwestią zarobienia ich.
Moją pierwszą płatną pracą – i nie jestem na tym polu oryginałem – było roznoszenie ulotek. Dorobiłam się na nich swojego pierwszego laptopa i pewnego gimnazjalnego komfortu finansowego. Gdy skończyłam osiemnaście lat, zaczęłam pracować w McDonald’s – określę się mianem mistrza parzenia kawy i serwowania ciast, bo właśnie ta pachnąca rola przypadła mi w znanym fast foodzie skupiającym populację tych, którzy chcą dorobić się pierwszego skrawka miliona. W wakacje i ferie pracowałam w pełnym wymiarze godzin, w trakcie roku szkolnego – praca przejmowała moje weekendy. Zakończyłam ją dopiero z chwilą wyjazdu na studia.
Podwójny komfort oparty jest na tym, że każda złotówka, którą zarobię, przeznaczona jest tylko i wyłącznie dla mnie. Studiując, wciąż jestem na utrzymaniu rodziców, pieniądze nie są więc zmartwieniem. Ale takim też się stały, gdy zaczęłam wydawać duże i zbędne sumy na rzeczy, które początkowo potrzebowałam, a potem potrzebowałam z przyzwyczajenia.
Podejrzewam, że nie jestem jedyną, dla której wyprzedaże sieciówek odzieżowych były prawdziwą zmorą. To przecież pięćdziesiąt procent zniżki. Gdy kupię dwie, trzecią dostanę gratis. A nawet jeśli kupię i zmienię zdanie, mam dwa tygodnie na zwrot – naturalnie nie zwracałam niczego. Być może zabrzmiało to jak zakupoholizm – ale nim nie było. To zwykła chęć przełożenia roku systematycznej pracy na jakąś korzyść materialną. Jednocześnie chciałam zachować ten sam bilans posiadania. Żeby zatem zakleić ubytki finansowe spowodowane chęcią posiadania – znalazłam pracę.
Przez dwa miesiące pracowałam w Reserved – wliczając w to wigilię i cały okres okołoświąteczny, co spowodowało, że z rodziną na święta widziałam się przez całe dwa dni. Kierunek studiów pozwalał mi wyrabiać sporą ilość godzin, co dość prędko spowodowało, że moja luka pieniężna pomniejszała się. Jednak zarabiałam – a nowe pieniądze oznaczały nowe możliwości wydania ich. I znów równowaga finansowa podkopywała pode mną dołki.
Znalazłam więc pracę na nowo, co, o zgrozo, znów okazało się być McDonaldem. Przepracowałam dwa tygodnie (i wyszłam na tym lepiej, niż można sobie wyobrazić; posiadając świadectwo pracy z poprzedniego miejsca otrzymałam ekwiwalent za niewykorzystany urlop – to tak na marginesie, zbierajcie świadectwa pracy z każdego miejsca, bo niosą za sobą spore zyski!).
Następnie wróciłam do hotelu, w którym odbywałam praktyki studenckie i pracowałam jako kelnerka – ponownie całe dwa tygodnie. Co przysporzyło mi sporo kłopotów z europejską kartą ubezpieczenia – co również stanowi osobną historię.
Gdy sądziłam, że w żadnym miejscu nie utrzymam się dłużej, niż te przeklęte dwa tygodnie, zaczęłam pracę na infolinii sieci komórkowej Play – pomimo zrzędliwości klientów mogę z czystym sercem nazwać to studencką pracą marzeń. Odchodziłam z bólem serca, gdy chwilowy nadmiar zajęć na uczelni nie pozwalał mi pogodzić wszystkiego jednocześnie.
Miałam jeszcze pojedyncze epizody pracy dorywczej, jednodniowej, krótkie historie, które przysporzą mojemu tacie masy kłopotów, gdy z początkiem roku zacznie kompletować moje rozliczenie podatkowe. Będę musiała kupić mu z wdzięczności największą z dostępnych czekolad.
W całym tym procesie ukazuje się pewna zależność, która notorycznie kłóci się z chęcią posiadania więcej i więcej – więcej bezużytecznych przedmiotów, więcej pieniędzy, za które można kupić jeszcze więcej bezużytecznych przedmiotów. Zależność, która w znacznym stopniu powiązana jest z motywem przewodnim poprzedniego wpisu. Zależność, którą nazwę potrzebą czasu wolnego.
Wszystkie te poszarpane ‘ścieżki kariery’, dwutygodniowe epizody, pokazują, jak bardzo chęć posiadania kłóci się z chęcią spokojnego, powolnego życia, w którym nie muszę za niczym gonić, w którym sama wybieram, dokąd wędruję, kiedy wędruję i ile ta wędrówka będzie trwać. Pracując (i studiując, tak na marginesie), niekoniecznie miałam czas, by wyjść, usiąść i przez następne cztery godziny sączyć kawę, pisząc o tym, co mi ślina na język przyniesie. Nie miałam czasu się nie spieszyć. Nie miałam czasu ciągnąć nogi za nogą, powolnie, pozwalać wyprzedzać się każdemu przechodniowi, wybierać sklep oddalony o pół godziny drogi tylko po to, by kupić butelkę mleka. Nie miałam czasu, by żyć powoli. Nie miałam zatem czasu, by żyć – bo tylko żyjąc powoli mamy szansę wyczuć mijany smak.
Z ostatniej pracy zrezygnowałam pod koniec października, kiedy to chciałam spędzić długi weekend listopadowy (przekształcony w cały tydzień) w domu, nie zastanawiając się, jak wykombinuję lewe zwolnienie z pracy. Zrezygnowałam również dlatego, że w tym okresie ostatecznie zrozumiałam, do czego prowadzi coraz to większe i większe objętościowo posiadanie – zrozumiałam więc, że stoję w miejscu, bo nie mam przestrzeni, by się poruszyć. I podkreślę raz jeszcze – nigdy nie miałam nadmiaru w znaczeniu ogólnym; nikt, wchodząc do mojego pokoju, nie złapałby się za głowę i nie spojrzał na mnie jak na przejaw zbieractwa. Jednak z mojego punktu widzenia posiadałam zbyt dużo. I absolutnie nie potrzebowałam tego grona poszerzać.
Jak już wspomniałam, w moim osobistym przekładzie minimalizm jest nie tylko wolnością od rzeczy materialnych, ale również wolnością od czynności, które te rzeczy przynoszą. I choć wielu zapytałoby, jak minimalizm współdziała z urwaną edukacją, pod koniec listopada zrezygnowałam z jednego z kierunków studiów, właśnie po to, by mój czas wolny rozszerzyć do granic możliwości.
Powiecie – w porządku, ogromna pula wolnego czasu to wzmożone pole do popisu, jeśli chodzi o moc zakupów. Ja powiem jednak – wcale nie. Ogromna pula wolnego czasu to możliwość rozmyślania nad każdym momentem, stawiania ekstremalnie wolnych kroków, absurdalnie wolnego jedzenia, przeżuwania i połykania. Wzmożone pole do popisu, by wszystko, co robię, robić świadomie.
Naturalnie, nie wszystkim powolny styl życia pasuje i odpowiada. Jeszcze do niedawna również należałam do osób, które wolały podbiec do autobusu, wydedukować, która kolejka w Lidlu będzie najszybsza, przez które światła przejść najpierw i jak rozpisać plan dnia, by zgrać w czasie trening razem z pieczeniem czekoladowych muffinów. Ale wszystkie nawyki mają szansę ulec zmianie, gdy damy im na to szansę.
Niekiedy pośpiech nie jest wcale uzależniony od nadmiaru zajęć. Jest czymś, co tkwi w nas na tyle głęboko, że nie jesteśmy tego świadomi. Najlepszym przykładem jest mój chłopak, który wylewa całe strumienie irytacji, gdy pani w kasie skończy się papier w drukarce i cały proces trwa minutę dłużej, mimo że wszystko, co ma tego dnia do zrobienia, to dokończenie sezonu Peaky Blinders na Netflixie. Chodzi o to, by nauczyć się czerpać radość i korzyść z czekania, z faktu, że życie nie skończy się, gdy ‘zmarnujemy’ kwadrans tu czy tam. Prawdziwe marnotrawstwo czasu nie istnieje. Każdy kwadrans, nawet ten spędzony w kolejce, jest częścią naszego życia. Nie mamy prawa cieszyć się nim mniej, niż jakimkolwiek innym.
Czuję, że dla większości odbiegłam nieco od tematu minimalizmu, dla mnie jednak wszystkie te czynniki zbiegają się w jednym punkcie wspólnym. Wróćmy jednak do dóbr materialnych i do rozróżnienia potrzeby od chęci. Jeśli coś nie jest nam do życia absolutnie niezbędne – oznacza, że jest niepotrzebne. Właśnie taki podtytuł nadałabym fragmentowi o ‘konsumpcyjnym społeczeństwie’ napędzającym się wzajemnie do wymieniania rzeczy nowych na nowsze, dobrych na lepsze, tanich na tańsze i sprawnych na sprawniejsze. Ale prawda jest taka, że posiadając elektryczny blender bez funkcji kruszenia lodu, nie potrzebujesz nowego, który tę funkcję posiada. Pięćdziesiąt procent przedmiotów w kuchennej szufladzie będzie do tego doskonałych.
Nie potrzebujesz zarabiać więcej i więcej, i więcej, tylko po to, by kupić więcej i więcej, i więcej. Jeśli masz możliwość, zamień cały etat na trzy z czterech jego części, by pozostałą część poświęcić na rozwijanie umiejętności niespieszenia się. Spróbuj zauważyć, że życie skromne niesie za sobą rzadko spotykaną filozofię wewnętrznego szczęścia.
Minimalizm w moim przypadku dotknął również przedmiotów, które do tej pory zgromadziłam. Kluczowym momentem, który zainspirował mnie do pozbycia się wielu z nich, był powrót z Londynu po wakacjach spędzonych w domu rodzinnym chłopaka.
Stosy figurek, średniowiecznych papierów, góry nakryć stołowych, ubrań i wszystkiego, co nie ma najmniejszych szans bycia użytecznym. Jest nawet bieżnia zajmująca pół salonu. Z pewnych przyczyn pokój, w którym Kevin trzyma ubrania, został zagracony rzeczami dziewczyny jego brata do tego stopnia, że nie było mowy o samym wejściu do środka. Musiał kupić nowe tylko po to, by mieć w czym chodzić. I w gruncie rzeczy nie mówię o bałaganie – bo nie był to bałagan. Tylko zwykły nadmiar wszystkiego, wszędzie.
Po powrocie przeprowadziłam generalne porządku swojego własnego gniazda. Większość rzeczy wyrzuciłam, orientując się, że nie użyję ich ponownie. Sporą ich część oddałam mamie i siostrze, aby same zdecydowały, czy uznają je użytecznymi, czy też podziękują im grzecznie tak, jak podziękowałam im ja. Oczywiście moja szafa w dalszym ciągu jest dość pełna  - ciężko jest tak po prostu wyrzucać ubrania noszone raz czy dwa, przeliczając to na kwotę, a następnie na czas pracy, by tę kwotę uzbierać. Od dłuższego jednak czasu nie kupuję nic, popychana do tego zachcianką – żadnych zatem ubrań, zapasów kosmetyków (których nigdy nie miałam w nadmiarze) ani innych pierdół, których istnienie nie wnosi żadnych zmian w moim. Otacza mnie znacznie mniej rozpraszających przedmiotów, znacznie mniej gór i stosów, torby z zakupami nie obciążają już mojego kręgosłupa, gdy zaopatruję się jedynie w bieżące konieczności, a konto bankowe jeszcze nigdy nie było tak zbilansowane.
Naturalnie nie wyparłam z siebie chęci posiadania samych pieniędzy do czysta. Nadal, słuchając historii innych osób zafascynowanych minimalizmem, nie potrafię wyobrazić sobie braku jakiegokolwiek zabezpieczenia w sytuacji kryzysowej. Jestem na to zbyt praktyczna. Jakiś czas temu postanowiłam więc, że potrzebuję dokładnie tyle, by w razie koszmarnego wypadku losowego móc przetrwać rok bez martwienia się o przyspieszenie powolnego życia. Nie mniej, ale i nie więcej. Kiedy zatem z przyczyn niezależnych bilans zawaha się – krótkoterminowa praca pozwoli mi go odbudować. Kiedy natomiast zostanie zreperowany – praca nie będzie potrzebą.
Nie pamiętam, by kiedykolwiek poruszały mną zmartwienia ograniczające ilość wewnętrznego szczęścia. Niemniej jednak nie zawsze byłam tym szczęściem przepełniona (i nie nawiązuję w tym momencie do wahania poziomu hormonów). Odkąd jednak żyję w zgodzie z własnymi zasadami minimalizmu rozumianego we własny, pokrewny, ale i nieco odmienny sposób, cierpię na delikatną bezsenność, zastanawiając się, co jest powodem drgawek szczęścia poruszających mną niezależnie od pory dnia, nocy, kondycji pogody czy poziomu wspomnianych hormonów. Zastanawiając się, co sprawia, że jeden człowiek jest w stanie czuć tak wiele i cieszyć się z tak wielu, wcale wiele nie mając. 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Wszystko kręci się wokół ludzi

Wczoraj uderzył we mnie FAKT AUTENTYCZNY (masło maślane, ale potrzebne mi było mocne podkreślenie), którego dalsze odrzucanie mija się z celem. Skończyłam czytać książkę - psychologiczna pozycja o tym, co odpowiada za nasze szczęście i jaki związek ma z tym mózg. Po przeszło czterystu stronach mniej i bardziej naukowych stwierdzeń, autor (a ja wraz z nim) doszedł do wniosku, że jedynym trwałym elementem szczęścia są inni ludzie. Szczęście zatem nie jest w pełni możliwe bez drugiego człowieka, kimkolwiek by on nie był. A to z kolei zaprzecza mojej ideologii życia, które wiodę od dwudziestu jeden lat i w każdym jego momencie wyglądało względnie podobnie w kwestii interakcji międzyludzkich. Jako samotniczka, niemalże wpisana w oficjalny rejestr samotników i introwertyków, uparcie twierdziłam, że ludzie, WSZYSCY, są wyłącznie dodatkiem do mojego życia. Proszę mi wybaczyć przyrównanie ludzkiego istnienia do ketchupu, ale tak to mniej więcej widzę. Ja jestem frytką, a społeczeństwo w...

Koronka w szkarłacie

Koronka w szkarłacie, szkarłatnie obserwująca zmieniającą się fizjonomię mojej twarzy. Szkarłatnie napawająca się zaskoczeniem zmierzającym w stronę bólu. Szkarłatnie czerpiąca przyjemność z dalszej części mojego niezrozumienia, z otwartych ust, z zalążka gorzkiej łzy w kąciku lewego oka. Koronka w kolorze szkarłatu, znaczeniem niczym nieprzypominająca miękkości swojego materiału, twarda i drażniąca, gdy na nią patrzę, lecz gdy zamykam oczy, ledwie czuję jedwabiste włókna. Jej paradoks napełnia mnie goryczą. Nie wiem, czy jej nienawidzę, czy podziwiam. Koronka w szkarłacie przepływa mi przez palce, gdy oglądam ją z każdej ze stron. Skromny przód, jeszcze skromniejszy tył, ubogą ilość materiału ochraniającą strefę rozrodczą i te zdobienia, które całkiem przypadkowej zgubie nadają erotycznego zabarwienia, przed którym dotychczas zasłaniałam oczy. Teraz już nie mogę. Zobaczyłam to, czego nie miałam oglądać. Zobaczyłam nieznaczne białe plamienie na podwójnej warstwie materiału zwykłe...

O wstępnych życiowych wyborach, mniej lub bardziej udanych

Moja siostra, czternastoletnia uczennica ostatniej klasy podstawówki, zostaje poproszona o wybór profilu licealnego, który przygotuje ją do odpowiednich rozszerzeń maturalnych, te zapewnią jej otwartą drogę na studia, które to z kolei wykształcą w niej zawód i ścieżkę kariery. Innymi słowy, w wieku czternastu lat, kiedy to w głowie pałęta się myśl o wspaniałej asymetrycznej bluzie w kolorze brudnej zieleni i protest względem wstrzymania produkcji kolejnego sezonu Daredevil’a, jej zadaniem jest podjęcie decyzji, jakiego zawodu zamierza się chwycić na kolejne pięćdziesiąt lat. Brzmi jak wątpliwie śmieszny żart żywcem wyjęty z amerykańskiego sitcomu. Niestety nie jest żartem – jest moją siostrą, mną i wami wszystkimi, którzy podejmowali podobną decyzję w wieku, w którym żadne decyzje nie są trwałe. Tak więc porażająca większość z tych decyzji ulega zmianie w trakcie liceum, kiedy to nie ma już zbyt wielu możliwości przepisania się na równoległy profil. Albo na studiach, kiedy to po pi...