Domyślam
się, że samym podjęciem tego tematu narażam się na szwank ze strony
rozjuszonych obrończyń praw kobiet. We wstępie więc napiszę, że nie zamierzam
nikomu ujmować, żadnej ze stron, czy to żeńskiej, czy to męskiej. Tworzę ten
post, jak każdy, który stworzyłam i który dopiero stworzę, by pokazać, jak
pewne kwestie, a w tym przypadku kwestią tą jest zlanie dwóch płci niemalże w
jedną, przedstawiają się z mojej perspektywy, w moim spojrzeniu i moim odczuciu.
Zarysuję różnice między kobietą i mężczyzną, które zaczęły zanikać, a które
nigdy zaniknąć nie powinny. Właśnie z tego względu jesteśmy rozdzieleni na grupę
kobiet i grupę mężczyzn – bo się od siebie różnimy.
Na
początku było plemię. Pan Jaskiniowiec – ojciec i głowa rodziny – wybywał z
przytulnie urządzonej jaskini, by upolować dziką zwierzynę dla swych kobiet,
dzieci i ewentualnie niedołężnych starców, jeśli ktoś z rodu dożył
czterdziestej wiosny. Przyciągał sarnę, dzika czy cokolwiek, co w tych czasach
hasało po lesie, wrzucał w jamę swojej groty, by jego kobieta, istota o wyższej
wrażliwości i mniejszej sile, mogła obedrzeć zwierzynę ze skóry i upiec
potrawkę nad żywym ogniem. A potem, gdy tę potrawkę trawili, Pan Jaskiniowiec
nie zastanawiał się, dlaczego nie został dopuszczony do gotującego się kotła, z
kolei Pani Jaskiniowiec nie trudziła się myślą, że zwierzyna upolowana przez
nią byłaby większa, okazalsza i z mniejszą ilością komórek nowotworowych. I
wcale nie mówię, że Pan Jaskiniowiec nie może pomóc swej Pani w umyciu naczyń,
natomiast Pani Jaskiniowiec nie może na polowanie przynieść Panu kanapek.
Chodzi o to, by Pan nie skupiał się na doprawianiu potrawki, a Pani na machaniu
włócznią. Bo priorytety i wrodzone umiejętności ich od siebie odróżniają.
Teraz
nie ma już plemion i naturalnie nikt nie wymaga od panów, by w dosłownym znaczeniu
wychodzili na pole i rzucali kamieniami w zające, a ich drugie połowy obdzierały
takie z futerek, piekły w potrawce i podawały ze słodkimi ziemniakami. Oczekuje
się jedynie, a w każdym razie ja oczekuję tego od siebie i od otoczenia, które
wciąż ma jeszcze szansę wyjść na prostą, by ugotowanie obiadu nie było dla
kobiety kuchennym zniewoleniem, dla mężczyzny natomiast – zapracowanie na
niego.
Ale
ustalmy może jasno, co chciałabym przekazać. W żadnym razie nie chodzi mi o to,
by zamknąć kobietę w biegu monotonnych prac domowych, mężczyznę natomiast
związać krawatem i wysłać na dwanaście godzin do klimatyzowanego biurowca, w którym
tabele i wykresy ekonomiczne doszczętnie rozstroją jego wzrok. Dlaczego jednak z
tak dramatycznym przytupem zamieniać się rolami i porzucać schemat, który przez
wieki, ba, tysiąclecia funkcjonował bez zarzutu.
Być może
część z Was przerwie lekturę w tym momencie, zarzucając mi brak poszanowania
dla kobiecych praw, brak zrozumienia idei feminizmu i jeszcze kilka innych
bzdurnych braków. A w żadnym razie nie taki jest mój zamiar, więc jeśli jeszcze
czytasz – czytaj dalej. Może zapałasz minimalną sympatią do mojego wywodu.
Nie
jestem feministką, nigdy się nią nie czułam i nie sądzę, bym kiedykolwiek poczuła
ten impuls. Nie mogę też powiedzieć, bym znała poprawną definicję feminizmu,
dzisiejszego, jako że jego znaczenie ulegało zmianie na przestrzeni ostatnich
lat i obecnie jest czymś znacznie bardziej skrajnym, niż zwykło być, gdy
wyższość mężczyzn nad kobietami była prawdziwie dostrzegalna – czyli wieki temu
w dosłownym znaczeniu terminu wiek. Zaryzykuję i powiem, że obecnie wyższość
kobiet nad mężczyznami wypełza na prowadzenie. A pytanie brzmi – która płeć
uległa upośledzeniu?
Przytoczę
przykład, którego byłam notorycznym świadkiem, gdy pracowałam w Reserved i
uczepiłam się działu męskiego jak rzep psiego ogona – zagubiony facet wśród
mankietów koszul jest przyjemniejszym klientem, niż wredna wiedźma uporczywie
twierdząca, żebym bezczelnie nie proponowała rozmiaru S, gdy wchodzi w XXS,
gdyż jest to dowodem czystej zazdrości i zawiści. Jednak, chwila moment, nagle
to kobiety przejęły dowodzenie w dziale męskim, ciągnąc męża za rękaw i
wmawiając mu, że w ekstremalnie obcisłych jeansach będzie mu wygodnie. A ja,
jako dobry pracownik niepożądający zwolnienia ze skutkiem natychmiastowym,
zaciskałam usta i nie wtrącałam, że mężczyzna, wspomniany mąż, posiada coś, z
czym jego kobieta nie musi się trudzić – przyrodzenie, któremu nie służy
nieustanny ścisk jeansu.
Być
może stwierdzicie, że pomocna kobieca dłoń w trakcie męskich zakupów jest
wyrazem troski i miłości kochającej żony. Ale nie jest – nie sposób, w jaki
przebiega. Nie we władczym głosie i zdumieniu, że mężczyzna jako istota przeciętnie
bardziej inteligentna, potrafi samodzielnie stwierdzić, które spodnie
ograniczają mu ruchy, a w których swobodnie może wchodzić po schodach.
Ale przeanalizujmy
to również ze strony przeciwnej. Panowie – nie mylę się, nazywając was istotami
samodzielnymi, prawda? Mylę się, myśląc, że wykonywanie kobiecych poleceń jest uproszczeniem
waszego dnia, nieprawdaż? Bo pod rozporkiem przyciasnych spodni wybranych przez
żonę nadal znajduje się to, co określa was posiadaczami większych metaforycznych
i niemetaforycznych jaj niż którąkolwiek z kobiet, mam rację?
Jedną
z nieustannie przypisanych do mnie cech jest gubienie głównego wątku i
chwytanie się wielu pobocznych. Pomaga mi powrót do samego tytułu, wróćmy więc
do momentu, w którym kobieta postanowiła być mężczyzną. W którym postanowiła
przywłaszczyć sobie silną męską naturę. W którym postanowiła stwierdzić, że
mężczyzna sypiający z wieloma kobietami jest świnią, natomiast gdy ona pragnie
ściągać całe stada męskich bokserek – ma do tego prawo, z natury, bo jest
kobietą, ot co. Bo gdzież biologia, gdzież zupełnie odmienny rozkład hormonów,
gdzież różnice w naturze i potrzebach.
Mam
prawo, bo jestem kobietą, z natury pokrzywdzoną, ponieważ…
Ponieważ?
Istnieje
jedna rzecz przychodząca mi na myśl, która rzeczywiście sprawia kobiecie
większą trudność niż mężczyźnie. Ciąża. Ciąża wraz z porodem. Ale co poza tym?
W czym kobiety mają gorzej niż mężczyźni? W której z dziedzin są bardziej pokrzywdzone?
Co sprawia, że setki, tysiące, miliony obrończyń naszych praw wykrzykuje tę
rytmiczną bzdurę? Proszę tylko, aby nikt nie stwierdził, że kobiety mają w
życiu gorzej, bo MOGĄ zostać zgwałcone. Nie słyszałam, by jakikolwiek mężczyzna
zarzekał się, że jest pokrzywdzony, bo życie jego płci statystycznie nigdy nie
było krótsze. Mam gorzej, bo żyję kilka lat krócej niż przeciętna kobieta – czy
to nie jest prawdziwy argument?
Staram
się zrozumieć, dlaczego kobieta tak bardzo chce przyrównać się do mężczyzny. I
dlaczego coraz częściej mężczyzna, którego nazywam tak ze sporą dozą
wątpliwości, chce zrównać swoją płeć z płcią kobiecą. Podkreślę raz jeszcze –
nie chodzi mi o to, by nas od siebie całkiem odgrodzić. W żadnym razie nie
zakładam, że kobieta nie powinna być prawnikiem, a mężczyzna modelem. Nie
zakładam, że jedynym celem życia każdej kobiety powinno być założenie
książkowej rodziny, opieka nad dzieckiem i codzienny trzydaniowy zestaw
żywieniowy, który przygotowuje w przerwie na wypranie i wyprasowanie koszul
oraz wypolerowanie świecących czystością szafek, by świeciły blaskiem jeszcze
silniejszym. Nie mówię też, że troskliwy mężczyzna nie powinien przyrządzać
swojej ukochanej smakowitych kąsków od czasu do czasu, bo ujmuje mu to z obrazu
mężczyzny. Problem rodzi się wtedy, gdy z niewiadomych przyczyn pokrzywdzona
płeć żeńska postanawia nigdy więcej nie zrobić żadnej z kobiecych rzeczy tylko
dlatego, że jest ona przypisana płci kobiecej, a mężczyzna z potulnością świnki
morskiej się na to godzi.
Częściej
spotykam się też ze stwierdzeniem, że gdy kobieta ubiera się zjawiskowo, by odkopać
wszystkie swoje niepamiętne wdzięki, robi to wyłącznie dla siebie i żaden
mężczyzna nie powinien sądzić, że choć skrawek tej kusej spódniczki może być
powodowany jego płcią. I zapytacie, co wspólnego ma odbiorca kobiecych starań z
zanikaniem różnic pomiędzy płciami. A ja odpowiem – nawet całkiem sporo. Jako
że kobieta zawsze była i powinna być w pewnym stopniu dla mężczyzny – nie w
formie zabawki, manekina czy bezwładnego cielska rozkraczonego na łóżku, ale w
przejawie jej gestów, jej starań, większej wrażliwości, której panom niekiedy
brakuje – tak więc skoro kobieta w jakimś procencie została stworzona, by być u
boku mężczyzny, dlaczego nagle przeciwstawia się wszystkiemu temu, co dla
mężczyzny zwykła robić? Dlaczego przeciwstawia się, by przyznać to na głos? Bo
zostanie uznana za słabszą, za naiwną, a chciałaby z męską siłą i zadufaniem
kroczyć po ulicy w swojej krótkiej spódniczce i stukających obcasach i
powtarzać pod nosem – tak, by sama o tym nie zapomniała – że ten seksapil wywabiła
dla samej siebie?
Przyznam
się otwarcie – jeśli chodzi o obszerny ogół, nie przepadam za kobietami, a
współżycie społeczne z facetami uznaję za zdecydowanie łatwiejsze i bardziej
komfortowe. Stąd też wiele przesadnych komentarzy w tym poście, które mogą
zniesmaczyć i wybudzić sporą dawkę niechęci do mojej osoby. Ale na tym polega
pisanie na dany temat, jeśli nie piszesz wpisu z encyklopedii. To zdanie,
opinia, kumulacja przesadnych wniosków i wyostrzanie tego, co mogłoby siedzieć
w cieniu. Kobietami łatwiej manipulować, choć nie zdajemy sobie z tego sprawy.
Łatwiej nam wmówić, przekonać nas, przepchnąć na jedną ze stron sporu. To, co
rodzi się między nami, rozprzestrzenia się z prędkością ospy w przedszkolu i są
to kwestie, które nigdy nie zmienią nas w facetów bardziej męskich niż sami
panowie. I może zaznaczę wyraźnie, by nikt nie miał wątpliwości – nie mówię, że
kobiety nagle lubują się w wycince drzew albo w poławianiu homarów na kutrach,
które to następnie pokazują na Discovery w cyklu ‘Najniebezpieczniejszy zawód
świata’. Wszystko zamyka się w obrębie samego mózgu, w tym, jak zmienia się
sposób myślenia i priorytety. W tym, że nagle zaczął przeszkadzać pierwotny
podział człowieka na mężczyznę – mocniejszego, silniejszego, będącego podporą;
i kobietę – słabszą, bardziej wrażliwą, nie bojącą się z tej podpory korzystać.
Bo
nagle ta sama kobieta upstrzona dziwaczną pozą potrzebuje silnego mężczyzny,
który mógłby ją poprowadzić, ale stała się zbyt dumna, by mu na to pozwolić. I
płacze, gdy nikt nie patrzy, myśląc, że nie ma na świecie mężczyzny dla niej. I
nie chce do siebie dopuścić, że dominacja z natury jest przypisana płci
męskiej.
Czy
kłócimy się z zasadami kultury osobistej, która nakazuje odbierać telefon poza
biesiadą przy wspólnym stole, zdejmować buty tuż za progiem domu gości, chyba
że gospodarz powie inaczej, czy też ze śniadania w formie szwedzkiego stołu nie
wynosić tego, co na nim zostało? Dlaczego więc nagle dziwną niechęcią zostały okryte
damsko-męskie gesty jak choćby otwarcie kobiecie drzwi, pomoc z walizką w
pociągu czy ustąpienie miejsca w autobusie. Mogę stać, choć jestem skonana, bo
jestem kobietą i przestałam okazywać słabość?
Oczywiście
wszystko, o czym piszę, jak już pokreśliłam, jest okryte sporą dawką przesady i
w żadnym razie nie dotyczy wszystkich. Jest to jednak, w mniejszym lub większym
stopniu, nowa szerząca się tendencja, za którą, jak szary welon, ciągną się
negatywne konsekwencje. Cały ten post nie jest zlaniem mojej wyobraźni z chęcią
napisania paru zdań. Stanowi raczej opinię facetów, którzy pamiętają kobiety
sprzed ery nowego feminizmu oraz stykają się z tymi dzisiejszymi, z którymi dłuższy
kontakt, dłuższy szczęśliwy kontakt, stawiany jest pod gigantycznym znakiem
zapytania.
Nie
czuję, że mam wżyciu gorzej, bo jestem przedstawicielką płci żeńskiej. Nie
czuję, że jestem w jakikolwiek sposób pokrzywdzona. Wręcz przeciwnie, moim
zdaniem jest mi łatwiej właśnie dlatego, że jestem kobietą. I nie staram się
przywłaszczać męskich cech, by ulżyć sobie w cierpieniu. Dotyczy to również
moich preferencji – interesują mnie mężczyźni bez cech, które przejęli od
kobiet. Ze świadomością własnej natury, płci i obowiązku, jakim jest bycie
facetem. Mężczyźni, którzy nie wybiorą kobiety pozornie silnej i władczej, dyrygującej
ich życiem, by własnowolnie zaburzyć główną funkcję swojej osobowości.
Komentarze
Prześlij komentarz